Bieszczady
Dym retorty i cisza cerkwi w Łopience
Dym. To pierwsze, co poczułem o poranku, kiedy zbliżałem się do retortów. Ma w sobie coś pierwotnego – ostry zapach drewna, które powoli przeistacza się w czarne złoto Bieszczad. Wypał węgla drzewnego nie jest zajęciem dla niecierpliwych. Trzeba znać rytm ognia, słuchać trzasku polan, patrzeć na dym, czy mówi prawdę, czy oszukuje.
To praca, która wymaga czujności, ale daje satysfakcję.
Czuję się wtedy częścią czegoś większego – tradycji, którą w tych górach kultywuje się od wieków.
Niedaleko, w dolinie, stoi cerkiew. Biała, cicha, jakby strzegła dawnych historii. Kiedyś wokół niej tętniło życie wsi Łopienka.
Dziś to jedyny świadek minionych czasów.
Wchodząc do środka, czuję, że ściany wciąż pamiętają modlitwy, a drzewa wokół szepczą o ludziach, którzy odeszli.
To miejsce, w którym człowiek przestaje się spieszyć. Tu nawet echo brzmi inaczej.
Bieszczady uczą pokory. Trzeba wsłuchać się w las, zaufać własnym rękom i oddać serce pracy, czy to przy wypale węgla, czy przy odnawianiu zapomnianych świątyń. W tym tkwi ich magia – w prostocie i w trudzie, który daje sens.
Kiedy patrzę na rozżarzone drewno i na biel cerkwi w dolinie, wiem jedno – nie wszędzie człowiek musi walczyć z czasem. W Bieszczadach wystarczy żyć obok niego.




